Już po koloniach. Na koniec tak się zżyliśmy, że naprawdę żal było się żegnać. Wszyscy się lubili, na koloniach nazywali mnie dzidzią, bo ponoć byłam najbardziej dziecinna z nich wszystkich. Marcin został moim braciszkiem, będę chyba do niego pisać, on jest bardzo fajny. Trzeba przyznać, że to właśnie ja i Kaśka przyczyniłyśmy się najbardziej do takiej atmosfery na koloniach. Wpadłam na wspaniały pomysł, żeby chłopcy, a pierwszy został w to wciągnięty właśnie Marcin, całowali nas na dobranoc. To było cos wspaniałego. Raz nawet jak chłopcy nie dali nam buzi to w parę dziewczyn wybrałyśmy się wieczorem do domku chłopców po należne nam całusy. Marcinek mnie chyba polubił, w ogóle wszyscy mnie chyba lubili. Byłam najweselszą „dzidzią” pod słońcem. Tylko do jednego chłopaka miałam pecha. On po prostu nie znał się na żartach. A ja byłam nieznośna, i akurat, kiedy coś rozwalałam, kiedy jechaliśmy pociągiem to musiało to być jego. Najpierw laliśmy się oranżadą to też mu coś zabrudziłam to mnie mało nie zabił. Potem złapałam jakieś karty i je podrzucałam i tez okazało się, że to akurat jego, podobnie było z oranżada, którą wylałam przy otwieraniu. Szczytem mojego dobrego humoru było to, że w nagłym przypływie energii chwyciłam swój zegarek i chciałam go wyrzucić przez okno. Marcin był pewnie, że tego nie zrobię, ale ja na złość im wszystkim wyrzuciłam ten zegarek. Wszyscy uznali, że jestem rąbnięta.
Jak byłam w swoim przedziale to przyszło nagle takich dwóch chamów i zaczęli się do mnie dobierać, to było straszne szybko wstałam i uciekłam. Jakże wtedy wspaniali wydali mi się nasi chłopcy. Szczególnie mój „braciszek” Marcin, nawet im to powiedziałam, że ich wszystkich kocham. Będę do nich pisać listy.
Friday, December 18, 2009
Subscribe to:
Post Comments (Atom)
No comments:
Post a Comment