Saturday, December 19, 2009

91.02.26

No i klops dostałam jedynkę z fizyki, najbardziej wnerwia mnie to, że nie mogę się obyć bez głupich komentarzy fizycy. Jak dostaję dobrą ocenę to zaraz jest gadanie, że to pewnie Michał mi pomógł dlatego wolę jak mnie z nim rozsadzają na lekcji. Jak teraz akurat z nim siedziałam i dostałam jedynkę to znów jest źle bo pewnie byłam taka nieprzytomna, że mam takie marne efekty. To jest przestroga na przyszłość, żeby już nigdy nie mieć chłopca w klasie a już w żadnym wypadku, chłopca- prymusa, bo to już ma się mówiąc nieładnie- przesrane do końca. To się za człowiekiem ciągnie nawet długo po zerwaniu. W sumie to nie byłby to taki głupi pomysł, żeby się przenieść do klasy Zeusa. Jeszcze się nad tym poważnie zastanowię w końcu nic mnie już nie trzyma w tej klasie, z nikim się poważnie nie przyjaźnię to właściwie czemu nie.
Moje życie jest tak nic nie znaczące i marne, te wszystkie problemy są głupie. Na tym świecie kochają mnie dokładnie 4 osoby: mama, Artur, tato i babcia, i to wszystko a i oni czasem zawodzą. Jak wychodzę z domu to znajduję się wśród tłumu zupełnie obcych mi ludzi. Ci wszyscy ludzie są dla mnie tylko mdłym obrazem, tłem, w które już niestety czasem się sama wtapiam. Czasem czuje jakbym wcale nie żyła, to może wszystko przez to, że nie mam żadnego przyjaciela. Przecież nie mogę żyć wyłącznie sobą, swoimi płytami, książkami i rodziną, ale jakoś nie potrafię znaleźć tego czegoś w zamian. Co ja poradzę, że na nikim mi nie zależy i nikomu do końca nie ufam ani nie wierzę. Może to sceptycyzm, ale trudno taka jest naga prawda. Nie umiem znaleźć przyjaciela. Owszem staram się być miła, czasem zachowuję się zupełnie normalnie jakby mi niczego do szczęścia nie było potrzeba, ale jednak jest to pewnego rodzaju gra. Po prostu nie da się żyć zupełnie na uboczu, chociaż często mi się to zdarza, ale nie chce wyjść na zupełnie zadufaną w sobie księżniczkę. Inni tak właśnie cię odbierają, jeśli nie tworzysz z nimi społeczności. Ale ja chcę być taka jaka jestem, czasem towarzyska, chce coś organizować, bawić się, szaleć, ale jakoś zawsze czegoś mi brakuje i nie mogę się na to zdobyć. Dlatego moje życie jak na razie przedstawia się raczej nieciekawie. Czasem zastanawiam się jak na to wszystko patrzą inni ludzie, te Magdy, Marty wydają się być tak zaangażowane w to życie, zadowolone a ja się zastanawiam - czemu?
Dlaczego ja tak nie potrafię? Magdę zawsze otacza rój koleżanek wiecznie coś tam śpiewają w coś się bawią, Marta ciągle próbuje wyrwać się ponad przeciętność, niezbyt jej to wychodzi bo za bardzo pochłania ja nauka. Wszyscy czymś żyją i wydają się być z tego zadowoleni. Ksiądz ostatnio na kazaniu mówił, że to nie sztuka przybierać miny pokutnika ale najtrudniej jest w ciężkich chwilach okazać pogodę ducha. Zgadzam się z nim w pełni, ale ja nie potrafię się uśmiechać do wszystkich i udawać, że się świetnie bawię. Może nie jestem stworzona do tego żeby swoją radością opromieniać innych załamanych ludzi. Najczęściej w ogóle nie mam ochoty do nikogo się odzywać tylko zamknąć się w sobie i czekać na cud. Tak jakoś zraziłam się do wszystkich ludzi, wydają mi się tacy obcy, źli i inni, zupełnie mnie nie znający i jakoś wątpię czy szybko zmienię to nastawienie. W sumie to nie mam szczególnych powodów, żeby tak to oceniać przecież nikt mnie nie skrzywdził, ale tez nikt nie zrobił dla mnie nic szczególnie dobrego. Tylko czego ja właściwie chcę? Chcę żeby ktoś w końcu rozwalił tą skorupę, za która się znalazłam, żeby się do mnie dostał, żeby mnie poznał, starał się zrozumieć, co czuję. Chciałabym odnaleźć, chociaż jedną pokrewna mi duszę kogoś, z kim łatwiej byłoby przebrnąć przez to życie. Brakuje mi jakiegoś dopełnienia, sama czuje się zbyt słaba, żeby cokolwiek stworzyć, do czegokolwiek dojść, cokolwiek osiągnąć, choćby to szczęście tak nieosiągalne. Coś na razie przyszłość widzę dość mrocznie, bo czuję, że tak tylko czekając na ten mój dodatkowy pierwiastek życia mogę tak przeczekać całe życie i nic się nie zmieni.

No comments: