Wednesday, April 9, 2014

92.09.17



Dochodzę do smutnego wniosku, że stanowię jednak beznadziejny przypadek. Z jednej strony wszystko mi wisi jestem spokojna, nigdzie się nie angażuję a z drugiej strony popadam w kompleksy. Dziś na historii Bartek i Marek tak ładnie wykładali a ja pomyślałam sobie, że ja bym tak nie potrafiła. Może nauczenie się nie jest aż tak problematyczne ale to opowiadanie przed klasą. Ja się nie potrafię prezentować publicznie. Wtedy cała się trzęsę, denerwuję, mylę i tak właśnie to wygląda ale to wydaje mi się okropne, że taka jestem. Czy można być jednocześnie niezaangażowanym do życia i olewającym flegmatykiem oraz zakompleksiałym nerwusem? Tak samo jak czasami uważam siebie za dość atrakcyjną dziewczynę, która stać na wiele i która może od życia dużo oczekiwać a znów innym razem tracę jakąkolwiek wiarę w siebie i dochodzę do wniosku, że jestem głupia i pewnie nigdy nic nie osiągnę zostanę najprzeciętniejszym człowiekiem na tej ziemi. Dziś mam chyba jeden z tych gorszych dni bo smutno mi jakoś bez konkretnego powodu i wydaje mi się, że wszyscy są lepsi ode mnie. Posłuchałam sobie Świąteckiej i już mi trochę lepiej. Przecież to wszystko jest mało ważne, przecież ja dalej jeszcze tylko czekam, to jeszcze nie jest życie. Przecież podstawą życia jest miłość a ja jeszcze tego nie przeżyłam, więc co mogę wiedzieć o życiu czy szczęściu. A te wszystkie drobiazgi którymi się teraz przejmuję są po prostu mało ważne, tak samo jak nieważni są ci wszyscy zadufani w sobie egoiści, nie chcę mieć z nimi nic do czynienia. Jedynymi ludźmi, którzy cos dla mnie znaczą to Gniewek, Ronan i Tomek, chociaż z nim to rzecz niepewna za mało go jeszcze znam i zresztą on się już nie odzywa. Ale to wszystko jeszcze nie jest miłością to mogą być jedynie jakieś nieśmiałe pierwsze kroki w jej kierunku albo forma zapełnienia tego oczekiwania. Tylko w takim razie co za różnica czy będę czekała w Polsce czy w Paryżu? Ale jakoś tak już nie mogę wytrzymać jeśli będę tu dłużej siedzieć to prędzej się zabiję niż doczekam czegokolwiek. Jedyne co mnie jeszcze trzyma przy życiu to właśnie zmiany, jakieś podróże, nowi poznawani ludzie, bez tego umieram. Gdy cos ulega zmianie to na chwilę zapominam o tej samotności i braku miłości, zastępują ja te nowe znajomości, wrażenia, przygody, drobne czułości przechodzące w przyjaźnie, wtedy już jest lepiej wtedy nie tracę zupełnie sensu życia. Nie wiem jak dożyję do lata. Cały rok męki. Zupełna pustka, żadnych zmian, żadnego uczucia, tylko ta wprawiająca w kompleksy szkoła i grono zatwardziałych w ocenie swej wyjątkowości i wyższości ludzi. Obym tylko zdała ta maturę nie ważne już na jakie oceny oby tylko się stąd wyrwać.
A już mi przeszły te głupie myśli, to , że się nie potrafię wspaniale prezentować publicznie nie znaczy że jestem głupia, to tylko nerwy i lenistwo. Zresztą i tak uważam, że nie jest ze mną jeszcze najgorzej a tak poza tym to całe życie zależy od nas samych. Jeśli ktoś jest organiczony to trudno mu zrozumieć, że ja nie widzę większego sensu w kuciu i ryciu wszystkiego tego co sewują nam w liceum a pomimo tego mam wielkie plany wyrwania się stąd daleko w świat i przebywania wśród ludzi na odpowiednim poziomie i to nie tylko intelektualnym ale przedwe wszytkim kulturalnym i tacy ludzie właśnie mnie doceniają. Mam w nosie cały ten olsztyński kołtunizm, tych wszystkich pseudogeniuszy, tych wszystkich pięknych, mądrych i wspaniałych chłopców, te dziewczyny, które widzą świat na odległość jaka dzieli je od podręcznika z fizyki. Nie lubię tego miasta,, nie znalazłam tu jeszcze nikogo z kim bym mogła o czymkolwiek porozmawiać. Ja chcę do Gniewka i Tomka i Ronana. Tylko oni są w stanie mnie zrozumieć i docenić. Tylko oni sprawiają, że wierzę jeszcze w pozytywne zakończenie tej historii.
Po prostu muszę stąd wyjechać z tej parszywej dziury, nie wiem jak ludzie mogą tu żyć, że się nie poduszą własną małostkowością i pseudointelektualizmem, mnie się tu jedynie chce wyć!
Jedyna rzecz, która tu jeszcze cieszy to jeziora, tu miejscami jest pięknie ale sam krajobraz nie wystarczy do życia. Muszę stąd uciec jak naajszybciej wolę sie tułać po świecie przez całe życie niż żyć tutaj w tym wygdybanym komforcie i rodzinnym domu. Chociaż to wcale nie znaczy, że  mam gdzieś rodziców, że nie mam tu ciepła i miłości. Wcale nie kocham ich wszystkich zwłaszcza mamę i jeśli się stąd wyrwę to i ją wyprowadzę z tego błędnego kręgu codziennej egzystencji. Muszę znów uciec w swój świat marzeń, nie potrafię pogodzić się z tą rzeczywistością. Ona mi po prostu nie odpowiada. Może kiedyś spełni sie moje jedno z największych marzeń i zostanę malarką w Paryżu? Choćby przez rok, jeśli miałabym to mieszkanie to oprócz nauki języka kupiłabym sobie komplet farb olejnych i może nawet Tomek nauczyłby mnie malować na płótnie kto wie? A może poszłabym tam na jakieś studia malarskie? Najpierw muszę tylko tam się znaleźć, tylko czy Tomek faktycznie jest moim przyjacielem czy mnie oleje. Wtedy wiele spraw może nie wyjśc tak łatwo. No ale jakbym sie bardzo uparła to może sama też sobie poradzę. W końcu trochę już ten język znam. Może i ciężko będzie samej ale chcę tego chcę tam pojechać i już.

No comments: