Dochodzę do smutnego
wniosku, że stanowię jednak beznadziejny przypadek. Z jednej strony wszystko mi
wisi jestem spokojna, nigdzie się nie angażuję a z drugiej strony popadam w
kompleksy. Dziś na historii Bartek i Marek tak ładnie wykładali a ja pomyślałam
sobie, że ja bym tak nie potrafiła. Może nauczenie się nie jest aż tak
problematyczne ale to opowiadanie przed klasą. Ja się nie potrafię prezentować
publicznie. Wtedy cała się trzęsę, denerwuję, mylę i tak właśnie to wygląda ale
to wydaje mi się okropne, że taka jestem. Czy można być jednocześnie
niezaangażowanym do życia i olewającym flegmatykiem oraz zakompleksiałym
nerwusem? Tak samo jak czasami uważam siebie za dość atrakcyjną dziewczynę,
która stać na wiele i która może od życia dużo oczekiwać a znów innym razem
tracę jakąkolwiek wiarę w siebie i dochodzę do wniosku, że jestem głupia i
pewnie nigdy nic nie osiągnę zostanę najprzeciętniejszym człowiekiem na tej
ziemi. Dziś mam chyba jeden z tych gorszych dni bo smutno mi jakoś bez
konkretnego powodu i wydaje mi się, że wszyscy są lepsi ode mnie. Posłuchałam
sobie Świąteckiej i już mi trochę lepiej. Przecież to wszystko jest mało ważne,
przecież ja dalej jeszcze tylko czekam, to jeszcze nie jest życie. Przecież
podstawą życia jest miłość a ja jeszcze tego nie przeżyłam, więc co mogę
wiedzieć o życiu czy szczęściu. A te wszystkie drobiazgi którymi się teraz
przejmuję są po prostu mało ważne, tak samo jak nieważni są ci wszyscy zadufani
w sobie egoiści, nie chcę mieć z nimi nic do czynienia. Jedynymi ludźmi, którzy
cos dla mnie znaczą to Gniewek, Ronan i Tomek, chociaż z nim to rzecz niepewna
za mało go jeszcze znam i zresztą on się już nie odzywa. Ale to wszystko
jeszcze nie jest miłością to mogą być jedynie jakieś nieśmiałe pierwsze kroki w
jej kierunku albo forma zapełnienia tego oczekiwania. Tylko w takim razie co za
różnica czy będę czekała w Polsce czy w Paryżu? Ale jakoś tak już nie mogę
wytrzymać jeśli będę tu dłużej siedzieć to prędzej się zabiję niż doczekam
czegokolwiek. Jedyne co mnie jeszcze trzyma przy życiu to właśnie zmiany,
jakieś podróże, nowi poznawani ludzie, bez tego umieram. Gdy cos ulega zmianie
to na chwilę zapominam o tej samotności i braku miłości, zastępują ja te nowe
znajomości, wrażenia, przygody, drobne czułości przechodzące w przyjaźnie,
wtedy już jest lepiej wtedy nie tracę zupełnie sensu życia. Nie wiem jak dożyję
do lata. Cały rok męki. Zupełna pustka, żadnych zmian, żadnego uczucia, tylko
ta wprawiająca w kompleksy szkoła i grono zatwardziałych w ocenie swej
wyjątkowości i wyższości ludzi. Obym tylko zdała ta maturę nie ważne już na
jakie oceny oby tylko się stąd wyrwać.
A już mi przeszły te
głupie myśli, to , że się nie potrafię wspaniale prezentować publicznie nie
znaczy że jestem głupia, to tylko nerwy i lenistwo. Zresztą i tak uważam, że
nie jest ze mną jeszcze najgorzej a tak poza tym to całe życie zależy od nas
samych. Jeśli ktoś jest organiczony to trudno mu zrozumieć, że ja nie widzę
większego sensu w kuciu i ryciu wszystkiego tego co sewują nam w liceum a pomimo
tego mam wielkie plany wyrwania się stąd daleko w świat i przebywania wśród
ludzi na odpowiednim poziomie i to nie tylko intelektualnym ale przedwe
wszytkim kulturalnym i tacy ludzie właśnie mnie doceniają. Mam w nosie cały ten
olsztyński kołtunizm, tych wszystkich pseudogeniuszy, tych wszystkich pięknych,
mądrych i wspaniałych chłopców, te dziewczyny, które widzą świat na odległość
jaka dzieli je od podręcznika z fizyki. Nie lubię tego miasta,, nie znalazłam
tu jeszcze nikogo z kim bym mogła o czymkolwiek porozmawiać. Ja chcę do Gniewka
i Tomka i Ronana. Tylko oni są w stanie mnie zrozumieć i docenić. Tylko oni
sprawiają, że wierzę jeszcze w pozytywne zakończenie tej historii.
Po prostu muszę stąd
wyjechać z tej parszywej dziury, nie wiem jak ludzie mogą tu żyć, że się nie
poduszą własną małostkowością i pseudointelektualizmem, mnie się tu jedynie
chce wyć!
Jedyna rzecz, która tu
jeszcze cieszy to jeziora, tu miejscami jest pięknie ale sam krajobraz nie
wystarczy do życia. Muszę stąd uciec jak naajszybciej wolę sie tułać po świecie
przez całe życie niż żyć tutaj w tym wygdybanym komforcie i rodzinnym domu.
Chociaż to wcale nie znaczy, że mam
gdzieś rodziców, że nie mam tu ciepła i miłości. Wcale nie kocham ich wszystkich
zwłaszcza mamę i jeśli się stąd wyrwę to i ją wyprowadzę z tego błędnego kręgu
codziennej egzystencji. Muszę znów uciec w swój świat marzeń, nie potrafię
pogodzić się z tą rzeczywistością. Ona mi po prostu nie odpowiada. Może kiedyś
spełni sie moje jedno z największych marzeń i zostanę malarką w Paryżu? Choćby
przez rok, jeśli miałabym to mieszkanie to oprócz nauki języka kupiłabym sobie
komplet farb olejnych i może nawet Tomek nauczyłby mnie malować na płótnie kto
wie? A może poszłabym tam na jakieś studia malarskie? Najpierw muszę tylko tam się
znaleźć, tylko czy Tomek faktycznie jest moim przyjacielem czy mnie oleje.
Wtedy wiele spraw może nie wyjśc tak łatwo. No ale jakbym sie bardzo uparła to
może sama też sobie poradzę. W końcu trochę już ten język znam. Może i ciężko
będzie samej ale chcę tego chcę tam pojechać i już.
No comments:
Post a Comment