Friday, April 9, 2010

91.11.08

Ten dzień był całkiem sympatyczny, nikt mnie nie pytał, nie dostałam żadnej złej oceny, byłam w filharmonii i na dodatek dowiedziałam się już w sprawie wyjazdu w góry. Jedna możliwość to schronisko Stożek, 9 dni za milion czterysta osiemdziesiąt tysięcy, a druga to jakiś dom wycieczkowy w Szczyrku ale tylko 6 dni i za milion sto siedemdziesiąt tysięcy. sama nie wiem co lepiej wybrać. Tylko żeby tato chciał teraz dać na to pieniądze, jak go znam to wcale tak gładko nie pójdzie, zwłaszcza jak zobaczy moje oceny. Ale muszę pojechać po prostu muszę i to sama. Ciekawe czy nie będę żałować, że wybieram się tak zupełnie sama ale zaryzykuję. W końcu mam już prawie 18 lat najwyższy czas żeby się usamodzielnić. Na pewno poznam tam fajnych ludzi, jest tylko jeden szczegół, żeby się tam jakoś dostać, ale też powinnam sobie jakoś poradzić. Nie jestem przecież aż taką sierotą. Oh żeby to wszystko tylko wypaliło tak bym chciała. W końcu należy mi się coś od tego życia, choć odrobina radości. Miałam dziś super sen, już dokładnie nie pamiętam ale wiem że gdzieś jechałam, poznałam fajnych ludzi i tańczyłam tak zupełnie niesamowicie z jednym z chłopców. Później pojechałam tak jakby do Ralpha który jednak bardziej przypominał Ronana i mówiliśmy po francusku i znów tańczyliśmy, już dokładnie nie pamiętam ale wiem, że było mi dobrze w tym śnie. Jednak to wszystko nic nie jest warte, te całe moje życie. Ile jeszcze lat mam tak egzystować? Wiem, że jestem jeszcze bardzo młoda i wszystko przede mną ale to jednak marna pociecha. Czy jestem aż tak mało wierząca, że tu na ziemi obcując ze światem czy z Tobą nic nie odczuwam? Jestem jak drzewo od czasu do czasu zaszumię ale w rzeczywistości stoję w miejscu i tylko z dnia na dzień staję się odrobinę doroślejsza. Nie doświadczam niczego poza poza chwilowymi wzruszeniami przeplatanymi z drobnymi radościami i rozgoryczeniem. To wszystko wydaje się być takie małe nic nie znaczące. Po prostu nie potrafię być szczęśliwą dopóki nie osiągnę tego czego pragnę, czy to zresztą tak trudno odgadnąć czego człowiekowi najbardziej brakuje? To najprostsza a zarazem niedostępna jeszcze dla mnie - miłość. Tak właśnie tego mi brakuje. Już tak mnie Boże stworzyłeś, że nie mogę bez tego żyć. No może nie jest aż tak tragicznie, żyć mogę, ale jakoś nie czuję tego mojego istnienia zbyt intensywnie. Tego braku nie zastąpi kochająca mama, tato, brat a nawet Ty Boże, który jesteś tak daleko. Ty mi nie wystarczasz tutaj na ziemi. Nie czuję Cię, wierzę, że jesteś, że jesteś dobry ale widocznie nie kocham Cię aż tak mocno abyś mi wystarczył. Chcę Cię kochać, chcę wierzyć, że to właśnie Ty jesteś tym ostatecznym celem sensem istnienia, ale może to jednak trzeba oddzielić to jest coś innego, czego zresztą żaden człowiek nie jest w stanie zrozumieć. Więc nie mogę Cię tak kochać bardziej czy mniej jak tego wymaga moja dusza od samej siebie. Może to zbyt wyolbrzymiam. Może miłość między dwojgiem ludzi nie ma nic wspólnego z duszą, raczej obejmuje wszystkie zmysły wraz z rozumem i ciałem. Może to wszystko tworzy ścisłą całość i nie należy tego rozdzielać? Może tylko duszą można odczuwać to co nazywamy miłością do Boga? Ale czy ja to odczuwam? Już sama nie wiem czy ja cokolwiek odczuwam. Czasem mam wrażenie jakbym się bała zakochać a jednocześnie prawie to robiła przy każdej nadarzającej się okazji. Nie tego wszystkiego co do tej pory robiłam nie można nazwać miłością to były tylko takie drobne zaangażowania. Ale to wszystko jest takie umiarkowane, co zrobić, żeby wreszcie zacząć żyć w pełni? Czy ja zbytnio nie idealizowałam tej miłości, że teraz boję się stracić złudzenia i dlatego nie potrafię nikogo znaleźć? Nie chyba przesadzam to już zaczyna się robić melodramatyczne. Tak naprawdę ja jestem jednak często zbyt nieśmiała, zresztą przecież nie staram się nikogo znaleźć, no i jestem zbyt młoda. Chociaż bo ja wiem a czemu nie miałabym już w tym wieku poczuć smaku szczęścia? Bo ja niestety równoważę te dwa pojęcia. Szczęście nierozerwalnie łączy się z miłością. No więc dlaczego? Po pierwsze; nie mogę trafić na "tego człowieka". musiałby się zdarzyć jakiś cud, mniej więcej jak na filmach, przypadkowe spotkanie, a coś takiego właśnie jest najtrudniejsze, może go spotkam za rok, może za 3 lata a może w ogóle? To mnie właśnie przeraża. Ta zupełna niepewność czy będę miała tyle szczęścia żeby trafić na miłość. Mogę tak przeczekać całe życie i ta myśl mnie przeraża, nie wiem co mogę zrobić. Ile lat mam jeszcze tak egzystować bez sensu. Bo nauka nie jest dla mnie sensem, jest jedynie jedyną dość ciężką drogą do zaspokojenia wrodzonych choć i tak niezbyt wygórowanych ambicji swoich i rodziny. Wątpię też czy znajdę jakiś większy sens w pracy to tylko sposób zarabiania pieniędzy, może znajdę coś w malowaniu ale nawet to nie zastąpi miłości. To wszystko powinno się z nią łączyć, bo chociaż nie samą miłością człowiek żyje ale bez niej nie jest w stanie naprawdę niczego dokonać, choćby tylko dla samego siebie.

No comments: