Saturday, February 19, 2011

92.05.26

Właściwie czy to nie byłoby piękne znaleźć w końcu tego swojego chłopca, tego który będzie wszystkim i który rano mówiłby do mnie "wróć do łóżka, przeziębisz się" i tak byśmy sobie żyli "na dworze padałby deszcz a my przytuleni". W sumie nie ma sensu przejmować się tą całą przyszłością wystarczy tylko poczekać na tego swojego opiekuna i olać całą resztę. W najgorszym wypadku moglibyśmy żyć z zasiłku dla bezrobotnych, wtedy śpiewałby mi tylko "pomyśl kochanie nie kupię ci już nic" "a nasze łóżko zapłonie jeszcze raz". Ta wtedy mielibyśmy chociaż tego pod dostatkiem, no i czy byłoby aż tak źle? Żylibyśmy sobie w jakimś małym mieszkanku, kochalibyśmy się do upadłego, wysypiali nawet do 12 godzin na dobę, później jeszcze znów trochę pokochali no i ewentualnie moglibyśmy jeszcze coś zrobić. jedyny problem, że podobno takie kochanie w końcu staje się nużące i nie wystarcza, ale wtedy zawsze można coś wymyślić. Jednak tak czy siak to muszę skończyć jakieś studia bo wtedy nawet łatwiej o jakąś pracę. Tak sobie myślę, że mogłabym pracować w kasynie obstawiać żetony np, albo układać karty, czy coś w tym rodzaju, mogłoby być całkiem fajnie, zwłaszcza, że jestem raczej nocnym stworzeniem. Wczoraj nie mogłam zasnąć do wpół do trzeciej nad ranem a tak pracowałbym sobie gdzieś do 3 lub 4 rano i miałabym kłopot z głowy. Już żebym tylko dostała się jakimś cudem na tą romanistykę. To byłoby świetne życie, powiedzmy po nocy w kasynie wracam po 4 do domu, śpię do około 13 około 3 wróciłby mój chłopak i wtedy moglibyśmy coś razem robić, nie wiem jeszcze co. Chociaż nie, tu pojawia się pewien problem, jednak nie byłoby to najlepsze rozwiązanie, żeby on pracował przed południem a ja w nocy, bo wtedy nie spalibyśmy razem a to niezbyt dobrze. On też musiałby pracować o podobnych godzinach, może mógłby być lekarzem na pogotowiu albo też pracowałby w kasynie. Albo popracowałabym tam rok a później wymyśliłabym coś nowego, ewentualnie jeśli wyszłabym kiedyś za mąż to mąż by mnie utrzymywał a ja założyłabym pracownię malarską, zapisałabym się na studia malarskie i od czasu do czasu mogłabym odwiedzać Ronana w Bretanii, tam może też tworzyłabym swoje obrazy bo tam jest naprawdę pięknie. Tylko teraz jedyny problem to znaleźć jakiegoś fajnego chłopca zakochać się w nim z wzajemnością, sprawić, żeby zupełnie się ode mnie uzależnił no ja od niego też i zacząć życie jak na kobietę przystało. W końcu wcale nie jestem brzydka więc trzeba to trochę wykorzystać. Nie wszyscy muszą zostać Einsteinami albo tytanami pracy, ja mogę sobie zostać swobodną malarką, nie przejmującą się tymi wszystkimi pseudoproblemami. Tylko jakoś absolutnie nie widzę się w roli matki, w ogóle nie widzę miejsca dla dzieci w moim życiu. Nie czuję żadnego instynktu macieżyńskiego a wręcz nie przepadam za małymi dziećmi. Może kiedyś się to we mnie zmieni w końcu jestem jeszcze młoda. Ale stanowczo przydałby się jakiś partner do życia samej trudno wytrzymać tą beznadzieję. Ale Gniewek to jednak świnia, napisałam mu list a on wcale nie odpisuje, małpa, coś już wątpię że nawet studiując w Warszawie będę miała z nim jakiś kontakt. Za to podobno Michał też ma studiować w Warszawie, mówił coś kiedyś, że pójdzie na ekonomię i to chyba razem z Justyną. Nie wiem co o tym sądzić. Słowo daję, że nie wiem jat tu sobie poradzić w tym życiu, muszę znaleźć jakieś oparcie, oderwanie, własny świat ale to jest właśnie miłość, bez tego ani rusz. Znów zastał mnie wieczór i nic nie zrobiła, ogarnia mnie jakaś anemia, ja raczej nie zostanę człowiekiem czynu. Zero zaangażowania w cokolwiek, klasyczny tumiwisizm. jestem żywym przykładem "zdrowej" polskiej młodzieży, mama wszystko w nosie. A co mi tam mogę sobie zostać takim przeciętnym szarym obywatelem, chyba że wyróżnię się swoim chorobliwym lenistwem. Ja chyba powinnam urodzić się gdzieś w XVII wieku jako córka bogatego szlachcica, bardzo odpowiadał mi tamten tryb życia. Grupowe towarzyskie spotkania, zabawy, w przerwach między posiłkami czyli po prostu całodobowy wypoczynek.
Ja chyba zwariowałam napisałam list do chłopca z "Romantyki", taki list na żarty bo i jego "anons" był dość niesamowity. Oto on: "jestem wysokim szatynem(185 cm) bez nałogów. Jestem chorobliwie brzydki, garb z lewej strony, kulawy. Param się sprzątaniem nieświeżych i mało uczęszczanych ulic, na dodatek w najciemniejsze noce. Nikt nie chce mnie zatrudnić w dzień, nie rozumiem dlaczego! Zgłosiłem się kiedyś grać rolę wampira w filmie. Odrzucili mnie i powiedzieli, że jestem za brzydki. To wszystko jest horrorem. czekam więc na ładną dziewczynę, może ona pomoże mi wyjaśnić, dlaczego wszyscy mdleją na mój widok.? Foto mile widziane. mam 19 lat."
Niezłe zainteresował mnie, nie można mu odmówić oryginalności, chociaż to może być stary chwyt, ale dobry, właśnie się załapałam i to właśnie do niego zdecydowałam się napisać.

No comments: